Tim Teller
Opowiadam, dlaczego podróż to dopiero początek. Na blogu odnajdziesz porady na temat podróżowania, blogowania podróżniczego i profesjonalizacji podróży.
Zapisz się do newslettera

Tim Teller 2017. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Na miejsce przybyłem w piątek późnym wieczorem. Sobotę, jeszcze przed oficjalnym otwarciem, rozpocząłem krótkim wywiadem dla Radia Gdańsk. Chwilę później siedzieliśmy na ogromnej sali wśród innych osób, chcących wysłuchać ciekawych wystąpień.

Wystąpienia

Od samego początku miałem wrażenie, że im bardziej medialna, poważniejsza i wręcz niemożliwa do zrealizowania wyprawa, tym prelegent mniej umie o niej opowiadać. Kuriozum było czytanie z emocjami listonosza wcześniej przygotowanego tekstu w czasie wyświetlania zdjęć. Gdy prelegent tonem osoby, która dopiero wstała z łóżka opowiada o niebezpiecznych momentach na morzach i oceanach, zastanawiałem się, jak to jest możliwe, że ktoś taki trafia na główną scenę.

Nie chce nikomu ujmować, zarówno w kwestiach osobistych jak i podróżniczych, jednak trzeba sobie zdawać sprawę jak olbrzymia konkurencja panuje na festiwalach tego typu. Mając możliwość wystąpienia przez kilkutysięcznym audytorium, należy szanować czas, zgromadzonych ludzi i możliwość wystąpienia, być może za kogoś kto porwałby tłum.

O ile większość wypraw to było coś niezwykłego, a miejsca, które odwiedzali prelegenci sam z chęcią bym odwiedził, część nie potrafiła przekazać tego co ważne. Kończąc sakramentalnym podróż była spełnieniem naszych marzeń myśleli chyba, że porwą słuchaczy i wybiją się z tłumu.

Nie zliczę, szczególnie w kwestii wypraw z motywem wodnym, ilości niezrozumiałych i niewytłumaczonych słów, które zrozumiałe były tylko dla nielicznych. Dla reszty, w tym mnie, były nic nie oznaczającą chińszczyzną, która śmieszyła autorów, a nie publikę.

Kto więc wypadł dobrze?

Teoretycznie najmniej hardcorowe i napinające się na wyczyn osoby, czyli Marcin Korzonek i jego Polska Prosto Rowerem oraz Baby na Madagaskar.

Marcin zafascynował mnie relacją z podróży po polach, rzekach i lasach, które w jego słowach były wyczynem nie mniejszych niż najlepsze ekspedycje zagraniczne. Przekroczenie małej rzeczki urastało do rangi kilkugodzinnej walki, a las stawał się wybawieniem po śmiertelnie niebezpiecznym bagnie.

Baby na Madagaskarze pokazały, że bez zadęcia, z pełnymi majtkami ze strachu można ruszyć w świat i każdego dnia walczyć o swój cel. Wszystko okraszone typowo kobiecym podejściem, kompletnie amatorskim materiałem, nieostrymi filmikami i dawką humoru, która w pełni do mnie trafiała.

Pierwsza liga

Siedząc wśród najważniejszych osób w polskim środowisku podróżniczym, nie ma miejsca na gwiazdorzenie, przesadną zuchwałość i opowiadanie o sobie i swoich podróżach w kontekście czegoś niewyobrażalnego. W tym miejscu niemożliwe nie istnieje i z każdą kolejną edycją ktoś przekracza kolejną granicę. Z jednej strony mamy wyczyny ze zdobyciem najwyższych szczytów byłego ZSRR i przedzieraniem się przez dżunglę w Afryce, z drugiej kolejny raz jeżdżącego stuletniego i studenckiego ogórka.

Zastanawia mnie, w którym kierunku idzie ten festiwal i na czym on się tak naprawdę skupia. Przy całym szacunku, ale co niezwykłego jest w kolejnej podróży dookoła świata czy obleganej przez dziesiątki osób autostopowej drogi z Polski do któregoś z azjatyckich krajów. Sam zgłaszając się z tematem miałem świadomość, że jestem wśród setek zgłoszeń z całej Polski i na miejsce trzeba zasłużyć, szczególnie na głównej hali.

Czy Kolosy staną się festiwalem wypraw z krwi i kości, wyczynów ponad siły większości ludzi czy będą opowiadać wtórne tematy, jak trasa Polska – Azja zrobiona autostopem na dziesiątki sposobów i dziesiątki różnych podpiętych organizacji, domów dziecka i ludzi biednych i potrzebujących. Moim zdaniem takie tematy nie pasują na Kolosy i o ile są czymś ciekawym, to nie w tym miejscu. Kilka osób pytało, dlaczego nie zgłosiłem swojej ostatniej podróży, a tylko jej małą część. Nie wyobrażam sobie, abym na głównej hali miał opowiadać o parkach narodowych i niedźwiedziach przed pierwszą ligą podróżniczej Polski. Na większego amatora wyszedłbym tylko dodając, jak co poniektórzy, że to była WYPRAWA. Autostopem? Wyprawa? Z poprzednich edycji znam takich, którzy z tego typu wyprawami liczyli na główną nagrodę. Szanujmy się i jeśli aspirujemy, aby pokazać coś wartościowego, to nie liczmy, że pewnie piękną, ale wtórną podróżą zawojujemy świat. Nie warto nawet wspominać tych, których pokaz opierał się na fotkach z ręki.

Organizacja

Dla mnie, jako osoby występującej, ważne było podejście do prelegentów i tutaj się nie zawiodłem. Dzięki identyfikatorowi miałem możliwość siedzenia w środkowym rzędzie, przez co nie miałem problemu z miejscem. Ponadto pakiet obejmował darmowy posiłek w restauracji, zaproszenie na imprezę integracyjną oraz możliwość dowolnego wchodzenia i wychodzenia z obiektu, co było sporym plusem. Podejście dla mnie dobre i niczego więcej nie wymagam.

Z perspektywy widza, zaletą była transmisja online, z której korzystałem oglądając ciąg dalszy w domu po powrocie z gdyńskiej hali. Tę samą relację mogliśmy oglądać  na ekranach w Pomorskim Parku Naukowo – Technicznym czyli budynku, gdzie odbywał się Fotoplastykon.

Czytając opinie na bieżąco na fanpage Kolosów, widziałem jedno – narzekania na olbrzymie kolejki. Nie sposób się z tym nie zgodzić, jednak wystarczyło przyjść trzydzieści minut przed otwarciem, aby swobodnie dostać się do środka.

Co można zrobić lepiej?

W festiwalach tego typu nie sposób uniknąć atmosfery pracy w hurtowni. Jeden schodzi, drugi wchodzi. Nie ma czasu na sentymenty, przedłużanie i dodanie czegoś, co wychodzi poza ramy. Z jednej strony jest to w pełni zrozumiałe, z drugiej trzeba wybierać pomiędzy wejściem w tę machinę, ale możliwości pokazania się czy życie z dala od festiwali.

Sporo osób krzyczy o wprowadzenie płatnych biletów. Czy to pomoże? Moim zdaniem niekoniecznie, gdyż większość przyjeżdża i tak z całej Polski, więc dopłacenie do całej wycieczki kilka czy kilkanaście złotych więcej nie robiłoby różnicy.

Podobnie podnoszono temat krzyczących podczas prezentacji dzieciaków. Jednak w tym przypadku, to zależy od rodziców i ich świadomości tego, że nie są na sali sami. Głupi pozostanie głupim, cały czas twierdząc, że to tylko dziecko, więc ma prawo płakać. Oczywiście ma prawo, ale nie wśród słuchającego prezentacji tłumu.

Czy na Kolosy warto jechać?

Oczywiście, że tak. Dla mnie to nie tylko wysłuchanie prelekcji, poznanie kilku osób ze środowiska podróżniczego, ale przede wszystkim lekcja. Dowiedziałem się, co muszę poprawić, utwierdziłem się w przekonaniu, że sposób w jaki prowadzę prezentacji z podróży nie odbiega o tych, którzy robią to etatowo na wszystkich festiwalach. Widziałem na własne oczy czym różnią się podróżnicy od blogerów podróżniczych i jaka w większości wypadków jest to przepaść. Festiwal i wszystko co przygotowane przez organizatorów to jedno, a drugie to szczegóły, których na pierwszy rzut oka nie widać.