Tim Teller
Opowiadam, dlaczego podróż to dopiero początek. Na blogu odnajdziesz porady na temat podróżowania, blogowania podróżniczego i profesjonalizacji podróży.
Zapisz się do newslettera

Tim Teller 2017. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Zawsze zastanawiałem się, jak wygląda nasza polska blogosfera z perspektywy osób tworzących za granicą. Jak to jest prowadzić bloga skierowanego do zagranicznej publiki, jakie są trendy i różnice w prowadzeniu bloga w Polsce oraz za granicą.  Czego nie ma w Polsce, a w czym przodujemy i dlatego warto wyjść na rynek zagraniczny. Wreszcie co jest największą wadą posiadania odbiorców na całym świecie? Dziś zapytam o to jednych z polskich przedstawicieli.

Moimi rozmówcami jest dwójka przyjaciół prowadzących bloga podróżniczego etramping.com . Agness i Cez, Cez i Agness… a może po prostu Agnieszka i Cezary? Polscy blogerzy, których twórczość znana bardziej za granicą naszej kraju, aniżeli na naszym podwórku. Mieszkali w Wielkie Brytanii i Chinach, odwiedzili kilkadziesiąt krajów, a ich bloga odwiedzają tysiące czytelników z całego świata. Zapraszam na rozmowę o zagranicznej blogosferze podróżniczej…

Zacznijmy trochę standardowo. Dlaczego tworzycie tylko i wyłącznie po angielsku?

Cez: Poznaliśmy się na studiach w Wolverhampton, Anglii, gdzie oboje wyjechaliśmy w wieku 18 lat. Otoczeni przez międzynarodowych znajomych i wykładowców, żyjąc jak lokale i studiując systemem brytyjskim, język angielski stał się naszym językiem przewodnim. Kiedy zaczęliśmy blogować, wybór języka angielskiego był dość naturalny i oczywisty. Chcieliśmy dzielić się naszymi przygodami i doświadczeniami nie tylko z osobami bliskimi (z rodziną i przyjaciółmi po polsku), ale również ze wszystkimi znajomymi poznanymi na studiach i pracy w Anglii.

Agness: Cały koncept bloga powstał wraz z moją podróżą do Chin, którą odbyłam zaraz po studiach. To był okres trzech lat, gdzie poznałam wiele mi bliskich osób. Bardzo mi kibicowali i nie mogli się doczekać moich sprawozdań z podróży. Większość z nich to rodowici brytyjczycy lub azjaci, więc wybór pisania w języku angielskim był dość oczywisty. Nie chciałam aby nikt z nich spędzał godziny na Google Translate i starał się zrozumieć z kontekstu co się u mnie ciekawego wydarzyło, a same zdjęcia nigdy nie odzwierciedlałyby w pełni moich przeżyć i większości emocji.

Pisanie w języku angielskim nie rozmywa popularności? O wiele łatwiej jest zdobyć popularność w jednym kraju niż międzynarodowo, gdzie jest dużo większa konkurencja. Z jednej strony macie dostęp do całego świata, ale z drugiej trudniej stać się gwiazdą.

Cez: Oczywiście to prawda, że pisząc w języku angielskim mamy do czynienia ze znacznie większą „konkurencją”. Przyznamy się szczerze, że nie traktujemy innych blogerów jako konkurencji, wręcz przeciwnie, kibicujemy sobie i dążymy do tych samych celów – szerokich podróży, niezapomnianych wspomnień i motywowania tych, którzy również pragną odkrywać świat. Dla każdego blogera znajdzie się miejsce i przeróżne okazje do odniesienia sukcesu w blogosferze międzynarodowej. Wszystko zależy od jakości materiału, Twojej osobowości, czasu i ciężkiej pracy włożonej w rozwijanie bloga i budowaniu kontaktów w branży.

Agness: Tu warto podkreślić, że jeśli chodzi o rynek międzynarodowy, wsparcie ze strony blogerów jest niesamowite. Każdy nowy bloger przyjmowany jest bardzo ciepło przez tych mniej i bardziej doświadczonych. Staramy się spotykać z innymi blogerami w różnych częściach świata i nawiązywać z nimi przyjaźnie nie tylko online, ale również offline. Nie wiem czy znasz Sam’a z bloga Nomadic Samuel i jego żonę Audrey z bloga That Backpacker. Odkryliśmy ich blogi na samym początku naszej blogowej przygody i szybko stali się naszymi autorytetami. Dzisiaj jesteśmy w bardzo bliskiej relacji po 4 niesamowitych spotkaniach na żywo – w Hong Kongu, w Amsterdamie, Seulu i nasze ostatnie w Gdańsku z którego relację możesz przeczytać na blogu Audrey tutaj. Mimo, że nasze nisze zawsze były podobne, nigdy nie konkurowaliśmy ze sobą, a przy spotkaniach rzadko rozmawiamy o samym blogowaniu czy nawet…. kwestiach monetyzowania blogów. 

Ale nie macie wrażenia, że Wasza popularność, niezależnie jak duża, jest nienamacalna? Nawet jeśli będzie Was czytało 100 tysięcy osób miesięcznie, to będą to ludzie z całego świata…

Agness: Cieszymy się bardzo, że czyta nas znacznie więcej osób każdego miesiąca, ale nasz podróżniczy przekaz kierowany jest do ludzi na całym świecie i nie chcemy ograniczać się tylko do polskiego odbiorcy. Popularność nie jest tutaj ważna. Miło jest być blogerem cenionym i wyróżnionym, a popularność to bez wątpienia miły dodatek, ale nie blogujemy dla popularności, a z pasji do niezależnych podróży i motywowania innych do podążania naszymi śladami.

Agnieszka powiedziała, że się spotykacie z innym blogerami. Mówimy może o jakiś międzynarodowych spotkaniach dla blogerów?

Cez: Trochę poza tematem, muszę sprostować trochę często mylne pojęcie rozdzielenia na blogosferę amerykańską i resztę świata. Myślę, że przy tak dużej intensywności podróży, powszechnym użyciu języka angielskiego oraz ułatwionymi sposobami komunikacji,  nie ma to większego znaczenia skąd jesteś.

Agness: Tak, są to spotkania zarówno prywatne jak i typowo podróżniczo – blogerskie. Jak już przy tym jesteśmy to dwa chyba najbardziej znane eventy podróżnicze to TBEX (the Future of Travel Media) oraz WTM (the World Travel Market). TBEX to konferencja blogerska trwająca 3 dni i odbywająca się na różnych kontynentach w ciągu roku. Akurat mieliśmy okazję uczestniczenia w edycji europejskiej odbywającej się w październiku tamtego roku w przepięknym irlandzkim miasteczku, Killarney. Były to dość intensywne dni w których poznaliśmy innych blogerów (tych których już znaliśmy online oraz tych zupełnie nowych), słuchaliśmy przeróżnych wykładów, zwiedzaliśmy Killarney a potem kawałek Irlandii oraz rozmawialiśmy z potencjalnymi partnerami biznesowymi.

Podczas gdy TBEX jest eventem bardziej socjalnym skupiającym się na budowaniu relacji między blogerami i brandingu, WTM ma zdecydowanie mocniejszy akcent biznesowy. Są to targi zrzeszające w Londynie praktycznie wszystkie małe i duże firmy z przeróżnych sektorów branży podróżniczej, poważnie myślące o nawiązaniu wspólnej współpracy. Mimo, że kupiliśmy bilety lotnicze do Londynu, w tym roku nie udało nam się tam pojawić.

Pytam, bo wydaje mi się, że polska blogosfera (niezależnie od tematyki) trzyma się w Polsce, nie słyszałem przynajmniej, abyśmy byli często uczestnikami międzynarodowych konferencji.

Agness: Przyznamy się, że nie wiemy jeszcze jak wygląda to w Polsce (mamy nadzieję przekonać się wkrótce), ale słyszeliśmy o kilku podróżniczych eventami organizowanych w Gdańsku jak Kolosy (Spotkania Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów w Gdyni) czy Trampki – spotkania podróżujących kobiet. Typowo blogerskie, również dopiero poznajemy ;) 

Odnosząc się jeszcze do kwestii wsparcia między blogerami podróżniczymi na arenie międzynarodowej, wyrażane jest ono w różny sposób, nie tylko przez spotkania czy wspólne wyprawy. Bardzo często piszemy na swoje blogi tak zwane posty gościnne w których dzielimy się swoja wiedzą i doświadczenie z czytelnikami zaprzyjaźnionych blogów.

Posty gościnne w Polsce nie są zbyt popularne.

Agness: Na rynku zagranicznym są i to bardzo, bo jest to przecież świetna i sprawdzona forma…

Cez: …marketingu i brandingu. I tak naprawdę to dzięki nim doszliśmy tam gdzie jesteśmy obecnie. Bardzo dużo piszemy, u siebie jak i u innych.

W Polsce jest to popularne na YouTube. Na blogach, nie wiem czy spotkałem się u jakiegokolwiek większego blogera z wpisem gościnnym. Oczywiście wśród młodzieżowych można to spotkać, jednak nie mówimy o oznaczeniu dwudziestu osób, buziaczkach i challenge.

Cez: W blogosferze, jak ją nazywasz, „amerykańskiej” jest na odwrót. Na tych mniejszych lub dopiero zaczynających blogach tego nie ma, a na tych większych i bardziej popularnych jak najbardziej tak.

Agness: Przygotowując się do tej rozmowy z Tobą doszliśmy do wniosku, że międzynarodowa blogosfera ma bardziej rozbudowaną promocyjną strefę blogowania. Blogerzy są świadomi wartości swojego bloga i bardziej obeznani w kwestiach jego monetyzowania i promowania. Dlatego też, te posty gościnne są tak ważne. Każdy wie, że jest to jest wymiana odwiedzin i obopólne zainteresowanie nowych czytelników. W Polsce natomiast, odnieśliśmy przynajmniej takie wrażenie, większość blogerów traktuje bloga jako „swoje dziecko” i nie ma takiej opcji aby ktokolwiek „obcy” zamieścił na nim swój artykuł.

Cez: Za granicą blogerzy również traktują bloga bardzo personalnie (jest to przecież ich dzieło twórcze), ale nacisk jest głównie na dzielenie się, promocję i monetyzowanie. Bez kilku sprawdzonych metod, takich jak posty gościnne, rozwój bloga niestety nie jest możliwy, a przynajmniej zajmuje to więcej czasu.

Agness: Zdarzają się i też takie blogi, które zakładane są tylko po to, aby generować zarobek.

Niestety bez pasji do podróży i zbyt mocnym skupieniu się na pieniądzach, blogi takie nigdy nie odnoszą sukcesu, a ich właściciele szybko wypalają się.

Macie racje, sam zastanawiam się, jakbym zareagował na propozycję wpisu gościnnego. Niemniej wymieniacie się w ten sposób z ludźmi z całego świata, a więc ponownie przyciągacie użytkowników z różnych części świata. Jak więc w przypadku Waszego bloga wygląda rozkład narodowości wśród czytelników?

Cez: Głównie są to osoby z krajów angielskojęzycznych – Stany Zjednoczone, Anglia, Kanada, Australia i Nowa Zelandia. Gdy popatrzymy dokładnie to 30% naszych odwiedzin to same USA. Dość mały procent, bo tylko 6, to czytelnicy z Indii. W przypadku polskich czytelników, mowa tutaj o 2%.

Czy w Polsce jesteście praktycznie nieczytani i nieznani?

Cez: Jak widać bardziej lubią nas w Indiach. Jest to głównie zasługa urody Agi (śmiech).

Agness: Tak, w Polsce jesteśmy praktycznie nieznani, ale mamy nadzieję, że zmieni się to wkrótce. Pod koniec maja tamtego roku przeprowadziliśmy się do Gdańska, aby skupić się na podróżach po Europie. Chcemy poznawać blogerów z Polski, może uczestniczyć w jakiejś konferencji blogerskiej, aby odwrócić tę tendencję.

Wydaje mi się, że mimo wszystko wolimy (użytkownicy polskojęzyczni) wyszukiwać informacje po polsku. Idąc tym tropem skoro macie czytelników z całego świata to skąd są firmy, które się do Was zgłaszają ze współpracą i czy macie jakiś partnerów z Polski?

Cez: Zastanawia mnie, czy my kiedykolwiek współpracowaliśmy z polskim przedstawicielem. Chyba trafiła się jedna firma, ale dosłownie jedna.

Agness: Naszymi partnerami są głównie firmy amerykańskie, angielskie i chińskie. Ostatnio krąg ten poszerzył się o partnerów holenderskich.

Cez: Tak. Chiny są jednym z naszych asów. Mieszkaliśmy tam sporą część naszej kariery podróżniczo-blogerskiej.

Chiny? Czego mogą chcieć Chiny od Polaków piszących po angielsku?

Agness: Na przykład artykułów o tematyce podróżniczej po Chinach. Piszemy takowe dla jednego z większych portali organizujących wycieczki w tym kraju. Oboje mamy ogromne doświadczenie w tej kwestii – ja nie chwaląc się zwiedziłam 12 z 22 istniejących prowincji, a Czarek mieszkał w Chinach ponad 4 lat i nauczył się języka chińskiego. Taką wiedzę i doświadczenie bardzo się ceni.

W ogóle dla firm to nie problem, że macie odbiór na cały świat i pewnie też nie piszecie w ich ojczystym języku?

Agness: Pisanie bloga w języku angielsku i jego światowy odbiór daje nieograniczone możliwości rozwoju i nawiązywania nowych współprac. Tego właśnie chcą firmy, które praktycznie zawsze celują w rynek międzynarodowy.

Skoro macie tak duże grono odbiorców z USA czy Indii czyli notabene bardzo duży rozstrzał geograficzny i inne realia. Odmienna kultura, możliwości finansowe czy wizowe itp. Co w takim przypadku przyciąga czytelnika z drugiego końca świata, aby Was czytać?

Cez: Wyjeżdżając z Polski 12 lat temu, nasze podejście do życia trochę się zmieniło. Zmieniła nam się mentalność w której powiedzenie „Sky is the limit” czy „Impossible is nothing” to coś zupełnie normalnego. Nasz blog w pełni to odzwierciedla. Piszemy go z perspektywy ekspata, osoby żyjącej w Europie, która jest dość otwarta na zmiany, nową kulturę, nie boi się ryzyka i zmian. Taki czytelnik wchodząc na Etramping w pełni utożsamia się z tym obrazem i może się na nas wzorować.

Agness: Swego czasu mieliśmy bardzo dużo postów o tym jak podróżować bardzo tanio (za mniej niż $25 na dzień), a czasem wręcz za darmo. Dziś z perspektywy czasu widzimy, że bardzo nam to pomogło na początku. Pisaliśmy notki i przewodniki z uwzględnienie wszystkich cen, więc łatwo było się do tego odnieść. Stąd być może mamy tak dużo czytelników z Indii, którzy chcą podróżować jak najtaniej.

Cez: Tak, myślę, że na początku trafiliśmy do szerokiego grona odbiorców dzięki tanim podróżom. Dziś przestaliśmy o tym pisać, a trafiamy ilością i unikalnością podróży. Dużo większą wagę przywiązujemy do jakości podróży i doświadczeń, a mniej na budżet.

Czyli Polski czytelnik nigdy nie był w grupie docelowej Waszego bloga?

Cez: Do tej pory nie był. Z racji, że obecnie jesteśmy w Polsce, chcemy nawiązać trochę kontaktów, poznać lepiej polskie środowisko blogowe i podróżnicze. Jesteśmy ciekawi jak to wszystko będzie wyglądać.

Tak jak już wspólnie ustaliliśmy, zyskujecie coraz większą popularność, ale kto obecnie jest na topie światowych blogerów podróżniczych?

Cez: A jakimi kryteriami kierujemy się wybierając ten top?

Hmm… zróbmy to w mega podstawowy sposób, czyli wpisując w Google „top travel blog”. Wszedłem na pierwszy link i mam listę pięćdziesięciu najpopularniejszych blogów podróżniczych.

Cez: Dobrze pamiętamy tę listę. Też tam kiedyś byliśmy, chyba na piątym miejscu (śmiech).

Agness: Akurat dobrze trafiłeś, bo znamy ten ranking. Opiera się on na statystykach ostatnich trzech miesiący twojego bloga. Aby znaleźć się na takiej liście musisz przesłać Mattowi screenshot’y z dokładnymi statystykami które są przez niego wymagane. Lista ta regularnie się zmienia na przestrzeni roku, a jeżeli nie zgłosisz swoich aktualnych metryk to niestety nie będziesz tam wspomniany.

Z tej całej listy osobiście polecamy bloga Marka o nazwie Migrationology. Poznaliśmy Marka osobiście w Japonii i jest to przesympatyczny facet, który prowadzi świetnego bloga o podróżowaniu i jedzeniu. Jest bardzo znany w Azji. Wystarczy, że obejrzysz kilka jego filmików i już wiesz, co chcesz zjeść w danym kraju.

W Polsce też mamy duże blogi, co prawda nie mają tak rozbudowanych kanałów na YouTube, które opisują podróże głównie z perspektywy jedzenie np. Tasteaway czy Krytyka Kulinarna. Co jak zainteresujecie się generuje olbrzymie koszty.

Cez: Może wiesz jak duże?

Swego czasu autorka Krytyki Kulinarnej opowiadała, iż generuje średnio 150 tysięcy kosztów prowadzenia bloga rocznie.

Agness: Przyznamy się, że są to kwoty dość normalne jeżeli mówimy tutaj o przychodach rocznych. Blog to bardzo dobre źródło przychodów jeżeli masz dobrą strategię i plan na niego działanie i rozwijanie.

Cez: Jest to całkiem normalna kwota do wygenerowania biorąc pod uwagę wielkości tej blogerki, przynajmniej z naszego doświadczenia.

Nie myślałem o poruszaniu tego tematu, ale ile w takim wypadku można zarobić będąc blogerem piszącym na rynku zagranicznym?

Agness: Wszystko zależy od serwisów jakie masz do zaoferowania jako bloger. Przykładowo, jeżeli przyjmujesz artykuły sponsorowane to w naszym środowisku jest to kwota między $250 a $1000 za pojedynczy wpis. Sporo osób sprzedaje ebooki zarabiając między $5 a $50 za każdy i pobiera między $50 a $500 za wpis na instagramie lub innych social media. Ceny te są bardzo różne i zależne od zasięgu jakim dysponuje dany blog oraz od profesjonalizmy jaki wymaga się od blogera.

W Polsce mówi się o kwotach około 10 -15 tys. złotych za pojedynczy wpis poparty social mediami. Jednak średnia jest sporo niższa…

Cez: Tutaj bardzo nas zaskoczyłeś, bo nie spotkaliśmy się jeszcze z takimi cenami w tym środowisku. Wiemy, że blogi fashion bardzo się cenią, zwłaszcza na instagramie, ale takich konkretnych przykładów z blogosfery podróżniczej nie znamy.

Wróćmy do pytania o top travel blogger. Pierwsza trójka blogerów będących obecnie na fali? Kto w takim wypadku poza Nomadic Mattem.

Cez: Ja mam swoje ulubione dwa blogi, które zawsze polecam. Z pewnością jest to Tim z bloga Urbanduniya a z drugiej strony bardzo bym chciał, aby wszyscy poznali Nialla Doherty z bloga Disrupting the Rabblement. Zainspirował mnie do działania i nauczył, żeby nie szukać pracy jak wyjeżdżam tylko stworzyć sobie pracę. Niall, aby się utrzymać pomagał innym w założeniu swojego bloga. Dzięki niemu zaczęliśmy działać w ten sposób. Dość niedawno napisaliśmy dla Niall’a posta gościnnego o naszych 3 serwisach, które oferujemy na blogu. Zapraszam do przeczytania tutaj.

Agness: Zdecydowanie polecam bloga Audrey ze wspomnianego wcześniej bloga That Backpacker. Audrey kocha przygody i jedzenie, zawsze obiektywnie wypowiada się na różne tematy, jest transparentna i doświadczona. Dużo można się dowiedzieć z jej notek odnośnie tanich podróży. Kolejny blog to A Wanderlust for Life prowadzony przez moją amerykańską koleżankę blogerkę, którą poznałam w Amsterdamie. Jessica pracuje na cały etat i podróżuje wraz z mężem po Europie. W swoich notkach pokazuje realia życia i pracy w Amsterdamie i jak połączyć pasję podróżowania z codziennym życiem ekspatki. Numerem 3, tutaj będę zgodna z Czarkiem, jest Tim z bloga Urbanduniya.

A słyszeliście gdzieś o Polakach? Pojawiają się jakieś nazwy?

Agness: Niestety niewielu. Jedyną polską przedstawicielką blogów podróżniczych, którą znają na świecie jest Ania z bloga Anna Everywhere, która notabene tak jak my tworzy tylko w języku angielskim. Poznałam Anię w Amsterdamie i bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Zawsze jej kibicuję i podziwiam jej przygody z mężem, również blogerem, Matte’m z bloga Expert Vagabond, którego poznaliśmy na Irlandii podczas konferencji TBEX.

Nic a nic poza tym? A myślicie, że mamy szansę się wybić zagranicą?

Agness: Nic a nic. Polacy imponują innym nacjom fenomenalnym i unikalnym sposobem podróżowania, ale ze względów językowych przekaz w postach nie odzwierciedla tego. Dla native speakerów bardzo ciężko czyta się tekst pisany przez obcokrajowca, nawet jeżeli jest to angielski na bardzo dobrym poziomie. Ciężko też jest sobie wyobrazić wiele sytuacji czy miejsc, kiedy nie do końca dobrze jest to ubrane w słowa. Mało kto w Polsce zatrudnia tłumacza oraz edytora z kraju anglojęzycznego którzy upewnią się, że wypuszczana przez nich notka jest na światowym poziomie pod względem językowym. Sami tworzymy po angielsku, więc wiemy jak trudno jest stworzyć dobry materiał. Zajmuje to lata praktyki, posługiwania się angielskim na co dzień, nie tylko podczas podróży, oraz pewnych umiejętności pisarskich.

Wydaje mi się również, że nie do końca jeszcze polscy blogerzy rozumieją sposób promowania swojego bloga i dzielenia się nim. Gdyby to się zmieniło i byliby bardziej nastawieni bardziej „biznesowo” do tematu np. szukali strategii jak docierać do większej ilości osób, zwiększać zasięgi to mogliby zawalczyć na zagranicznych rynkach. Mocno wszystkim kibicujemy.

A może problemem wejścia na rynek międzynarodowy jest to, że nie myślimy w języku angielskim. Pamiętam, gdy przetłumaczyłem dla testu kilka swoich tekstów na angielski to nie brzmiały tak samo. Nie było tych emocji i flow, oczywiście jeśli jest to typowy poradnik to o wiele łatwiej, ale opowiadanie angażującej historii już takie łatwe nie jest i te same historie po angielsku są często gorsze.

Cez: Dokładnie to jest ten problem. Ludzie w Polsce mówią i piszą dobrze po angielsku, ale sposób przekazu nigdy nie będzie taki sam.

W ogóle, ciekawie to wygląda z Waszej perspektywy, bo będąc polskimi blogerami podróżniczymi polska blogosfera jest dla Was nowością…

Cez: Dokładnie, ale dzięki Tobie sporo się uczymy (śmiech).

Agness: Tak! Dziwi nas bardzo jak ludzie w Polsce reagują na fakt, że jesteśmy blogerami podróżniczymi i sami siebie zatrudniamy. Gdziekolwiek nie pójdziemy i przedstawiamy się jako blogerzy ludzie ze zdziwieniem pytają się „ale co, to podróżujecie i jeszcze Wam za to płacą?” (śmiech).

Cez: Nie jesteśmy tylko pewni czy jest to reakcja na zasadzie „wow, niespotykany zawód” czy może „on stracił kontakt z rzeczywistością jak weganie czy crossfitowcy” (śmiech).

Agness: Za granicą to jest normalny zawód, który się wpisuje w dokumentach i też tak wpisujemy (śmiech).

U nas jak powiesz, że prowadzisz bloga, to ludzie, którzy się na tym nie znają myślą, że zatrzymałeś się w podstawówce i tworzyć treści dla dzieci.

Agness: Dokładnie, zająłbyś się czymś poważnym, a nie głupoty w głowie (śmiech).

Ok, ale porozmawiajmy na poważniej, bo rozmawiamy tak już kawałek i wszystko jak na razie wygląda pięknie, ale musi być druga strona medalu tworzenia międzynarodowo…

Agness: Jasne, że jest. Największą wadą czy też problemem jest moment w którym Twój post rozejdzie się w sieci. Pewnie pomyślisz, dlaczego, skoro zdobywamy publikę na całym świecie? Jeśli wszystko pójdzie dobrze to tak, gorzej jeśli coś pójdzie nie po Twojej myśli. Wtedy hejt idzie z całego świata i od różnych narodowości. Nie ma, że boli i trzeba sobie z tym radzić.

Międzynarodowy hejt, o tym nie pomyślałem. Rzeczywiście, czyli w Waszej twórczości musicie brać poprawkę na różne kultury i globalny odbiór.

Cez: Poza tym pisząc po polsku nie musielibyśmy usuwać niektórych artykułów. Swego czasu napisaliśmy serię postów o Tybecie, które na pewno zaszkodziłyby nam w dostaniu wizy do Chin.

Agness: Niestety musimy w swojej twórczości zastanawiać się, czy ten artykuł czy żart nie obrazi kogoś z danego kraju. Dużo nie cenzurujemy, ale trzeba przyznać, że zdarzają się takie sytuacje.

Mieliście przypadek takiej krytyki płynącej z całego świata?

Agness: Jasne, że tak. Mamy dwa bardzo kontrowersyjne posty na Etrampingu. Jeden o moim negatywny doświadczeniu z couchsurfingiem (przeczytaj tutaj) a drugi to krytyczny wpis na temat jedzenia na Filipinach (tutaj). Oba wzbudziły dużo nieplanowanego rozgłosu, a hejt wylewał się na nas z każdej strony – od bloga po wszystkie social media.

A gdy popatrzymy na polską blogosferę. Czy czymś jeszcze się różnimy od rynku zagranicznego?

Agness: Z moich obserwacji i doświadczenia wynika, że blogerzy zagraniczni znacznie szybciej rozpoczynają monetyzację swojego bloga. Nie dość że dzieje się to dość szybko (często blogerzy rozpoczynają monetyzację tuż po założeniu bloga), to jeszcze bardzo taktycznie i skutecznie. Blogowanie w takiej sytuacji staje się cało etatową pracą takiej osoby, a w Polsce nadal jest to po prostu pełnoetatowe hobby, którym nie da się zapłacić za rachunki.

Dodatkowo, blogerzy zagraniczni zawsze potrafią dobrze wypromować swoje notki, budują sieć kontaktów pojawiając się na różnorakich spotkaniach i konferencjach blogerskich przez co trafiają do rzeszy odbiorców i budując swoją osobistą markę powoli, ale bardzo pewnie i długotrwale. Do tego dochodzą posty gościnne, dobrze zaplanowana taktycznie afiliacją, publikacjami na dużych portalach, itp. Dość normalne jest zatrudnianie ludzi do wykonania części prac, bo dla nich blog to bardzo często biznes i zwyczajnie idą po sukces, wiedząc dokładnie czego chcą. Są bardziej pewni siebie, w tym co i jak mają robić. Od momentu przeprowadzki do Polski mam wrażenie, że jest jeszcze spora część osób w tym kraju, która cały czas się dziwi, że z bloga można żyć i na nim dobrze zarabiać.

Cez: Prosty przykład to kursy o monetyzacji bloga czy podróży. Za granicą jest tego bardzo dużo i każdy zna kogoś, kto taki kurs przeszedł. To wspólnie się nakręca, bo jedna nauczona profesjonalnego blogowania osoba, uczy kolejne i to napędza rynek. Ponadto,  dostęp do wielu specjalistów z różnych dziedzin. W Polsce jest bardzo mała dostępność, a co za tym idzie brak konkurencji i być może słaba jakość przy wysokiej cenie.

Poza tym brakuje przedsiębiorczość, bo kiedy my Polacy popełniamy pewne błędy rozkręcając np. bloga w wieku 30 lat, w USA popełniają te błędy w wieku 18 lat, ucząc się w praktyce przedsiębiorczości od stosunkowo wczesnego wieku. Jako Polacy mamy bardzo rozwinięte kombinowanie, nie przedsiębiorczość, a to dwie różne rzeczy.

U nas dopiero powstają kursy o blogowaniu zarówno w ujęciu ogólnym jak i podróżniczym. Dopiero zaczynam się boom na to…

Cez: Za granicą już dawno minął ten boom i dziś mało powstaje nowych. Rynek jest już tym nasycony. Każdy wie co jest dobre i gdzie warto zaglądać a gdzie nie. Obecnie kursy czy podcasty są czymś normalnym, dlatego pewnie pojawi się coś nowego i znów wyznaczy trendy.

Jest tego dużo, ale jak wygląda to jakościowo? Bo gdy patrzę na zagraniczne blogi w porównaniu do polskich to Polacy wypadają bardzo dobrze. Przejrzysta strona graficzna, coraz częściej ładne zdjęcia i dobre filmy. Gdy rozmawiałem z Marcinem Nowakiem z Wędrownych Motyli (wywiad dostępny tutaj) umieścił polską blogosferę w czołówce międzynarodowej pod względem jakości.

Cez: Myślę, że na pewno Polacy jako podróżnicy są w czołówce pod względem ilości i jakości podróży. Bez wątpienia są oni bardzo przebojowi, pełni pasji i żądni przygód, a do tego otwarci na ludzi i inne kultury. Niestety brak posługiwania się językiem angielskim na najwyższym poziomie w blogowaniu obniża ich jakość przekazu i merytorykę bloga przez co nie trafiają do takiego grona odbiorców do którego mogliby trafiać jako „native speakers”.

Agness: Z drugie strony widzi się wielu zagranicznych blogerów którzy potrafią stworzyć popularnego posta o dość przeciętnej tematyce. Tutaj jednak kluczową rolę odgrywają skuteczne zabiegi marketingowe, które nie są do końca znane oraz/lub praktykowane na polskim rynku.

Gdy przeglądam strony zagraniczne, to od strony graficzne czasem wygląda to bardzo źle. Blog jakby zatrzymał się w innej epoce, ale gdy przyjrzymy się na marki współpracujące to trafiamy na największe media i marki na świecie. Poza tym ta sama osoba, ma setki osób obserwujących w social mediach.

Agness: Ocena oprawy graficznej bloga jest dość często bardzo subiektywna, bo to przecież kwestia gustu o którym się nie dyskutuje, ale rzeczywiście często nie jest ważne jak dobry pod względem jakości i merytoryki tworzysz materiał, ale jak go promujesz. W wielu przypadkach jakość ma drugorzędne znaczenie. Co więcej, zdarzają się blogerzy podróżniczy którzy szukają rozgłosu poprzez poruszanie tematyki dość kontrowersyjnej, która na pewno przekłada się na liczbę odsłon posta i samego bloga.

Wydaje mi się, że w Polsce boimy się wypuszczać swoje rzeczy bo myślimy, że będą one za słabe i nikt ich nie kupi, a za granicą po prostu to wypuszczają i niech się dzieje. Z drugiej strony nie wiem czy gorsza jakość, ale większa ilość by przeszła w Polsce. Myślę, że pod tym względem chociażby USA jest łatwiejsze tj. jest możliwość znalezienia większej ilości chętnych na trochę słabszą jakość.

Agness: Myślę, że może to wynikać z naszej polskiej mentalności.

Polacy mają to do siebie, że są dość samokrytyczni i dążą do perfekcji na każdej płaszczyźnie, widać to też w blogowaniu.

Z jednej strony to dobra cecha, bo pozwala na tworzenie dobrego jakościowo materiału dla odbiorcy, ale z drugiej strony jak wspomniałeś, powstrzymuje wielu blogerów od dzielenia się materiałami i wspomnieniami z podróży. Za granicą ważne jest aby zacząć i na bieżąco coś wrzucać oraz znaleźć dobry sposób na promowanie materiału.

Na koniec zapytam czy widzicie jakieś trendy, które postępują za granicą w kwestii blogowania podróżniczego?

Cez: Raczej nie będę oryginalny, ale na pewno jest nim YouTube. Bardzo dużo blogerów zakłada swoje kanały podróżnicze na tej platformie wideo z mniejszym lub większym skutkiem. Po drugie Instagram na którego przerzuca się znaczne grono podróżujących, a tym i blogerzy.

Agness: Zgadzam się z Czarkiem. Ludzie preferują słuchać i oglądać niż czytać. Dlatego blogerzy podróżniczy za granicą zaczęło przerzucać się z pisania bloga na kręcenie vlogów oraz wrzucania zdjęć na Instagrama. Vlog może oddać więcej niż niejedna notka, odbiorcy łatwiej jest się utożsamić z podróżnikiem, a sam podróżnik może pokazać prawdziwe i interesujące urywki ze swoich podróży. Odnośnie Instagrama, jest on po prostu miły dla oka i łatwy w odbiorze. Tak więc kiedy możesz nakręcić szybki film z drogi dla 10 tysięcy subskrybentów czy rzucić jedną fotkę z info na Instagramie gdzie followuje Ciebie 5 tysięcy ludzi, czemu miałbyś spędzać dodatkowych kilka godzin na pisaniu i obrabianiu notki? Kiedy bloger taki staje przed dokonaniem wyboru, Instagram i YouTube wygrywają (chyba, że kochasz pisać bloga jak my).