Tim Teller
Opowiadam, dlaczego podróż to dopiero początek. Na blogu odnajdziesz porady na temat podróżowania, blogowania podróżniczego i profesjonalizacji podróży.
Zapisz się do newslettera

Tim Teller 2017. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Nie będę mówił Ci o pięknych widokach, które każdego dnia są na wyciągnięcie ręki. O dzikich zwierzętach, dla których Ty jesteś gościem i musisz dostosować się do ich reguł. Nie wspomnę o spotkanych ludziach i przygodach. Wszystko co stało się w trakcie było nieważne, bo do niego mogło nigdy nie dojść.

Długo przed wyjazdem nie byłem pewien czy Alaska będzie właściwym kierunkiem na ten rok. Dlaczego nie Azja? Tajlandia, Wietnam, Laos. Dzikie dżungle, nieznany język, całkowicie inny świat. Gdzie się nie obrócisz, ktoś przemierza ogromne połacie Rosji, stepy Mongolii, aby choć na chwilę liznąć Chin. Stąd już niedaleko do prawdziwego azjatyckiego kotła. Skoro wszyscy tam jeżdżą, to znak, że coś w tym musi być. A może wręcz przeciwnie?

Prawie

Mając na szali Amerykę Północną i Azję – wybraliśmy to drugie. Długo rozmawialiśmy o każdym za i przeciw. Wizy, szczepionki, przeloty, koszty życia. Każde z nas miało miejsca, które chciało zobaczyć i emocje, które chciało przeżyć. Powoli układaliśmy sobie scenariusz wyjazdu.

Zacząłem szukać ciekawych miejsc i lotów, obierać trasę. Może do Wietnamu? Niedaleko jest Singapur, to jeszcze tylko do niego i wracamy. Kurczę, ale jeszcze Sumatra? Azja brzmiała świetnie. Wszystko zaczęło się układać w całość, a ja czułem, że tuż przede mną rozpływa się szansa, z której sam zrezygnowałem. Zacząłem się zastanawiać, że jeśli nie teraz to kiedy?

Pewnego dnia, długo przed wyjazdem, kiedy wszystko szło w kierunku azjatyckiej przygody, powiedziałem, że to chyba nie dla mnie. Jeszcze nie teraz, bo choć to piękny kierunek i setki osób zrobiłoby wiele, aby tam być, nie czuję tego tak mocno jak chciałbym, abym czuł.

Usiedliśmy…

– Wiesz, Azja to chyba nie to…

– Alaska? – przerwała szybko.

– Tak, Alaska.

– Dobrze.

– Tak po prostu?

– Tak, ale obiecaj mi, że pojedziemy kiedyś do Wietnamu.

– Obiecuję.

Koniec świata

Wielu osobom wydaje się, że gdy pojadą na koniec świata, doznają olśnienia. Cudownej przemiany, która wywołana pustką, odległością czy przytłaczającą ciszą pozwoli im przejrzeć na oczy. Pozwoli stać się motylem, rozwinąć skrzydła i wyfrunąć w świat. Każdy ma swoją Alaskę, choć ja nie łudziłem się, że moja jest właśnie tam. Nie liczyłem na cuda, zdawałem sobie sprawę, że mogę się rozczarować i obedrzeć z magii miejsce, które pojawiało się w mojej głowie od długiego czasu. Dlaczego więc, nie pojechałem jak setki polskich włóczęgów do magicznej Azji?

Pojechałem na Alaskę by…

Uwierzyć

Często mówimy o swoich marzeniach tak, jakby były one całkowicie nierealne. Chciałbym to zrobić, chciałbym tam być i to zobaczyć oznacza tyle co nic. Kompletne zero. Traktujemy to jak sen, nie jak cel. Nienamacalny, niepoliczalny, nieistniejący. Nie wyznaczamy sobie do niego drogi, nie planujemy, nie sprawdzamy ile nas to będzie kosztować pracy. Po prostu chcemy to kiedyś zrobić. Kiedyś, które nigdy nie nadejdzie. Bo choć marzenia są czymś odświętnym i często siedzą w nas przez wiele lat, nigdy nie powinny zostawać tylko w naszej głowie.

Nie chciałem żeby z moją Alaską było tak samo. Abym za kilka lat siedząc w gronie mi podobnych, razem z nimi wzdychał jak to fajnie byłoby tam pojechać. Poczuć tę przestrzeń, dzicz, choć przez chwilę poczuć klimat rodem z Into the Wild czy zobaczyć busa. Stworzyć swoją własną legendę, nawet jeśli miałaby ona być tylko dla mnie. Zamiast marzeń pokażę im zdjęcia, zamiast planów opowiem przeżyte przygody.

Chciałem uwierzyć, że nawet pozornie odległe plany, które każdego roku były przekładane na kolejny, można zrealizować. Zawsze były inne priorytety, inne pomysły. Dziś mogę powiedzieć, że dotrzymałem słowa, złożonego samemu sobie.