Tim Teller
Opowiadam, dlaczego podróż to dopiero początek. Na blogu odnajdziesz porady na temat podróżowania, blogowania podróżniczego i profesjonalizacji podróży.
Zapisz się do newslettera

Tim Teller 2017. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Gdybyś zapytał mnie, czy wyjazd do Ameryki poprawił mój angielski, odpowiedź jest prosta i raczej oczywista… poprawił. Jednak na moje szczęście podróżowałem z nauczycielką angielskiego, która w prosty sposób wyjaśniała mi czego warto się uczyć, a co lepiej odpuścić. Niestety nie jest tak pięknie jakby się mogło wydawać.

Nie wszędzie warto się uczyć

Nie wszystkie kraje, w których używa się języka angielskiego są odpowiednie do podróży w celu nauczenia się tego języka. Znam takich, którzy wrócili po półrocznym pobycie w Szkocji i poza kilkoma sztuczkami w wymowie, dalej mówią po kalijsku. Kali być, Kali mieć.

Przez połowę czasu walczyli z coraz to nowymi akcentami, całkowicie odmienną wymową słów oraz niesamowitą szybkością mówienia, które łącznie dawały więcej straty czasu niż pożytku. Swoją drogą, po co Ci znajomość wymowy z kraju, do którego nigdy nie wrócisz, a Twoi znajomi w żaden sposób nie są Cię w stanie zrozumieć? Język owszem jest piękny, cudowny, dźwięczny, ale i równie bezużyteczny.

Jak dobrze mówisz po polsku?

Chcąc nauczyć się bardzo dobrze języka obcego, musimy najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie, czy sami mówimy poprawnie w swoim języku. Ktoś, dla kogo wziąść, włanczam i poszłem  to norma, nigdy nie będzie w stanie porozumiewać się dobrze w obcym języku, skoro we własnym nie potrafi się wysłowić.

Nawet jeśli nie popełniasz tak karygodnych pomyłek, przypomnij sobie, jak wiele błędów popełniałeś podczas teoretycznie prostego dyktanda w szkole. Gdybyśmy popatrzyli bliżej, okazuje się, że nawet w podstawowych zwrotach popełniamy masę błędów. Kojarzysz spadanie w dół, ciężki orzech do zgryzienia, adres zamieszkania i w cudzysłowie? A co oznacza zwrot nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki? Bo na pewno nie to, że nie możesz zrobić czegoś dwa razy.

Te same, a może i nawet większe problemy występują w innych językach. Okazuje się, że większość Amerykanów popełnia masę błędów. Popełniają je bo są kompletnie nieświadomi, tak jak my mówiąc poszłem czy wziąść. Poza tym używają znacznie większą niż my ilość skrótów, które dla nas są niezrozumiałe.

Coraz mniej ktoś  przejmuje się trzecią formą czasownika, nie mówiąc nawet o szyku pytającym podczas zadawania pytań czy o zgrozo! umiejscowieniu czasownika w odpowiednim miejscu. To tak jakbyśmy mówili wczoraj z kolegami w piłkę grałem.

Kto jest Twoim nauczycielem?

Polacy mieszkający za granicą wcale nie różnią się od rodowitych Amerykanów. Kilkanaście tysięcy kilometrów stąd to nie problem, podczas gdy rozmawiając w ten sam sposób w Polsce mielibyśmy problemy z prostym przygotowaniem się do matury.

Zawsze mnie ciekawi, jak byle jaki mieszkaniec zagranicznego kraju może zostać native speakerem w innym. Zwykły Sebix, który wczoraj ledwo skończył szkołę, dziś gdzieś daleko jest szanowanym nauczycielem, który mówi innym jak mają się wysławiać. Oceń sam siebie jako nauczyciela języka polskiego w Stanach Zjednoczonych czy Chinach. Czy czujesz się na siłach, aby opowiadać komuś o poprawnej polszczyźnie tak, aby nauczył się jej możliwie najlepiej? Nie musisz być nauczycielem. Wystarczy, że jesteś native speakerem, który szuka pracy za granicą.

Mówi się, że uczymy się na błędach. Owszem, jednak tylko wtedy, gdy jesteśmy w stanie je dostrzec. Niestety zamiast pełnych zdań nauczymy się skrótów, a zamiast w praktyce użyć kilkunastu wkuwanych na blachę czasów, doświadczymy używania raptem trzech. Niestety nie mając pojęcia co jest poprawne a co nie, nauczymy się bezrefleksyjnie wszystkiego, co jest używane w mowie codziennej. W Stanach będziesz mówił zwykłym językiem potocznym, a w polskiej wymagającej pracy, językiem niepoprawnym i dziwnym dla słownikowo wyuczonym współpracowników.

  • Trochę się zgodzę, ale trochę i nie. Owszem, ogromnie zdziwiło mnie to, że Amerykanie (Montana) niemal nie odmieniają czasowników, zwłaszcza w trzeciej osobie, nie używają czasów, które są zmorą niejednego z nas. Po pierwszym miesiącu pobytu w USA, byłam bliska rozpaczy, okazało się, że nie znam angielskiego! A to wszystko, czego uczyłam się w szkole, okazało się baaardzo słabe. Zaczynałam zdanie i tak intensywnie skupiałam się na jego poprawności, stylistyce i gramatyce, że go nie kończyłam. I nikt nie czekał na to, aż skończę. Ale z biegiem czasu zdobyłam umiejętność dla mnie bardzo istotną – nabrałam odwagi. Mówiłam, mówiłam, mówiłam. Na początku byle jak, ale udało mi się porozumieć niemal z każdym, nauczyłam się rozmawiać i myśleć po angielsku. Na szczęście byłam „zmuszona” do używania języka angielskiego w pracy i poza nią. Czytałam sporo czasopism i codziennych gazet. Poznawałam amerykańskie powiedzonka, przenośnie, językowe przewrotności. Poznawałam żywy język – fascynujące. Dla mnie – wyjazd do Stanów był doskonałą nauką języka. Dzięki swobodzie wysławiania się bardzo szybko dostałam pracę w Polsce a angielskiego używam na co dzień do dziś, w mowie i piśmie. Czasem nawet z ą i ę:)

    • Ale miałaś podstawy, bo wiedziałaś, że nie odmieniają. A jak ktoś nie ma takiej świadomości to uczy się niepoprawnie. Nabranie śmiałości w mówieniu? Bez dwóch zdań ;)